O bezsensownym ocenianiu programistów na studiach

Trochę ponarzekam, a co!

Właśnie zakończyła się moja pierwsza sesja. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie system oceniania podstaw programowania na egzaminie. Może ktoś powie „bez spiny, są drugie terminy”. OK, ale jako, że jestem po technikum, programuje w php praktycznie od gimnazjum jak nie wcześniej, to teoretycznie egzamin powinienem zdać z palcem w nosie, tak jak to było na laboratoriach. No ale niestety…

Do laboratoriów nic nie mam. Nauczyciel jest spoko, zarzuca żartami, fajnie się pracuje w takim klimacie. Bez problemu 5.0 było, no bo oceny są za program napisany na kompie i wysłany do oceny. Egzamin natomiast wygląda nieco inaczej…

Przedmiot „podstawy programowania” – jak nam mówiono – uczymy się programowania strukturalnego w czystym C (nie C++). Jednak… Na laboratoriach w sumie się tego trzymaliśmy, no może oprócz new/delete (w C powinniśmy się bawić malloc, free, itd). Na egzaminie natomiast było wszystko… Nawet reguła Horea?! czy odwrotna notacja polska – to ani C, ani C++! Poza tym, niektóre zadania takie, jakich nigdzie nikt nie ćwiczył… No a najważniejsza bezsensowna rzecz to… programowanie na kartce! Trzeba kod zadania napisać bezbłędnie na papierze, nie zapominając nawet o głupim średniku czy jakieś kropce… Kto to widział?

Jak dla mnie programista powinien mieć książkę/internet by w czasie pisania czegoś mógł ewentualnie sobie pomóc. Chyba nikt nie pamięta wszystkiego z danego języka na pamięć? Zdarza się, że trzeba sobie coś przypomnieć, czegoś douczyć (no chyba, że ktoś programuje całe życie, to OK, może wie już prawie wszystko z danego języka, jednak nie student politechniki po pół roku nauki od podstaw). Jeszcze bym zrozumiał zadanie typu rozwiąż jakiś algorytm pseudokodem, albo jakiś schemat, ale nie sprawdzanie dokładne czy nie brakuje czasem średnika!

No ale stało się, 0,25 pkt zabrakło do zaliczenia. Poprawka już wyszła lepiej, ale też nie 100%, no bo papier nie ma opcji sprawdzania, czy program się kompiluje i ewentualnego wprowadzenia zmian…

Do wykładowcy nic nie mam, umiał przekazać wiedzę, co się rzadko zdarza na wykładach, ale sposób sprawdzania jest bez sensu!

To tyle 😉 Pierwszy wpis po długiej przerwie. Dużo narzekania, ale komuś trzeba to powiedzieć/gdzieś o tym napisać :p

6 myśli na “O bezsensownym ocenianiu programistów na studiach”

  1. Tak to już drogi Szymonie bywa na studiach wyższych:)(tych z prawdziwego zdarzenia) – studentowi często wiatr w twarz duje… jak to mówią pierwsze koty za płoty, w czerwcu będzie lepiej:) – żartowałem:):).
    Gratuluję fajnej stronki, a przede wszystkim „pomysłu na siebie” – godne podziwu!
    Z polonistycznym pozdrowieniem – Twój gimnazjalny belfer

  2. Wybacz, że teraz
    Wykładowcy są staroświetcy, np. u mojej siostry uczyli czegoś co w praktyce dawno wyszło z użycia

  3. Bo na studia nie idzie się po to żeby się nauczyć programowania {bo tego uczysz się sam w gimnazjum, liceum – gdyż to twoja pasja} tylko po to żeby uczyć się głupich i nieprzydatnych regułek lub wymarłych języków programowania, które nie mają żadnego zastosowania w praktyce.. ja miałem egzamin z Haskella i Prologa. Haskel jeszcze jakoś uszedł ale Prolog..

  4. Moje egzaminy na studiach wyglądały podobnie, programowanie na kartce to była norma. Ale najważniejsze, że sam jesteś świadomy co umiesz, przyda Ci się to w pracy gdzie nikt nie będzie kazał programować Ci na kartce

  5. Ja tez tak byłem uczony ze Google to narzędzie pracy programisty – i ze masz posiadać wiedzę jak to działa i czego szukać, albo znać dobre nawyki a nie pamiętać na pamiętać całego kodu. A druga kwestia ze wykładowcy nie rozwijają się z czasem – wiec to dla studenta mega minus… a internet to najlepsza skarbnica wiedzy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

 

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.